Ten blog powstał w celu,
abym ja, Mateusz Rolewski, mógł przeprosić, wytłumaczyć i
obronić się w związku z tym co wydarzyło się 30.07 wokół
mojej osoby, a co silnie wpłynęło na mnie i nie daje mi spokoju.
30 lipca nijaki pan
Mirosław Tomczuk, założył na portalu społecznościowym Facebook
wydarzenie, wzywające do bojkotu studenckiego eventu Letnia Scena
Akademicka, która w każdy czwartek sierpnia miała w założeniu
pokazywać jeden film o godzinie 21:30. Samorząd Studentów, razem z
Władzami Uniwersytetu Warszawskiego, ustaliły, że odpowiednim
dniem na tego typu wydarzenie, będzie każdy kolejny czwartek
sierpnia. Pech chciał, że 1 sierpnia, rocznica wybuchu Powstania
Warszawskiego, wypadał w czwartek.
W swoim wydarzeniu pan Tomczuk wzywał do bojkotu LSA tego dnia, kiedy to miał być puszczany kultowy film Barei - „Miś”. W swoim wydarzeniu użył hasła „tylko świnie siedzą w kinie” oraz plakatu związanego z tym hasłem, przyrównując organizatorów i potencjalnych uczestników do poziomu kolaborantów z II Wojny Światowej, którzy zdradzali i donosili na walczących Polaków i ukrywających się Żydów. Osobą współorganizującą byłem ja. Nie przyczyniłem się do LSA jakoś szczególnie – pomogłem dobrać filmy, miałem nadzorować dwa dni pokazów. Inne osoby – wspaniali ludzie, których mam zaszczyt znać – pracowały na sukces LSA dużo bardziej. Jednak poczułem jakby mi napluto w twarz. Po 3 latach działania w Samorządzie Studenckim, po 3 ciężkich latach pracy na rzecz społeczności akademickiej – poczułem jak napluto mi w twarz. Zostałem porównany, ja i rzesza pracujących przy LSA ludzi, do kolaboranta, tylko dlatego, że w swoim wolnym czasie, za darmo, motywowany tylko chęcią działania i zagospodarowania studentom i osobom postronnym czasu, poczyniłem kroki ku organizacji Letniej Sceny Akademickiej. Wyzwano mnie i zdeptano szlachetną ideę stojącą za organizacją LSA. Puściły mi nerwy. Puściły mi nerwy, bo organizacja takich eventów, ogólnie działalność samorządowa, to stresująca, ciężka i odpowiedzialna, acz satysfakcjonująca praca. Praca, w której odpowiada się zarówno prawnie, jak i finansowo. Praca, w której poświęca się dużo swojego wolnego czasu, często okupując to ocenami na studiach, czy życiem towarzyskim i rodzinnym. A ja szanuje ludzką pracę, zwłaszcza tę charytatywną i z dobrego serca. Zwłaszcza prace, która jest ciężka i wymagająca, a taka – mimo wszystko – byłe praca w Samorządzie.
Puściły mi nerwy. Puściły mi nerwy, bo nałożyło się to z ciężką sytuacją rodzinną i zdrowotną w moim domu. W kilku niecenzuralnych epitetach odpowiedziałem co myślę o porównaniu nas do kolaborantów i o formie bojkotu, który pan Tomczuk zorganizował. Żałuję. Dałem się ponieść emocjom, broniąc idei, w którą wierzyłem. Idei, że można pomagać innym, że można zorganizować coś dla innych i czerpać przyjemność z ich radości. Wierzyłem też, że w wolnym kraju każdy ma prawo spędzić każdy dzień, także rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, jak chce. Bo przecież można cały dzień spędzić na wspominaniu tego wielkiego dnia, by wieczorem się zrelaksować przy kultowej, polskiej komedii.
Ja rozumiem, że komuś coś może się nie podobać. W takim razie normalnie, zwyczajnie, pisze się do ludzi odpowiedzialnych za daną rzecz i sugeruje się, proponuje zmianę. Pan Tomczuk do nikogo nie pisał, tylko zrobił na Facebooku bojkot. I to nie taki, który można przyjąć jako konstruktywną krytykę, gdzie można spokojnie podyskutować, wyjaśniając swoje racje. Pan Tomczuk postanowił porównać nas do kolaborantów i zdrajców, bo chcieliśmy dobrze. Bo chcieliśmy uraczyć rozrywką – dobrym filmem w towarzystwie przyjaciół, popijając piwko – innych. Właśnie za to napluto na nas i porównano do zdrajców. Czyż nienaturalnym jest zdenerwować się na coś takiego? Wiem, że przesadziłem w gniewie, jednak jest pewna granica, nie wiem jak to nazwać – walki politycznej (tylko walki z kim? Postronnym Samorządem?) czy dyskusji. Uważam, że miałem prawo poczuć się zbrukany i opluty, jednak wiem też, że mocno przesadziłem w wyrażeniu gniewu.
W swoim wydarzeniu pan Tomczuk wzywał do bojkotu LSA tego dnia, kiedy to miał być puszczany kultowy film Barei - „Miś”. W swoim wydarzeniu użył hasła „tylko świnie siedzą w kinie” oraz plakatu związanego z tym hasłem, przyrównując organizatorów i potencjalnych uczestników do poziomu kolaborantów z II Wojny Światowej, którzy zdradzali i donosili na walczących Polaków i ukrywających się Żydów. Osobą współorganizującą byłem ja. Nie przyczyniłem się do LSA jakoś szczególnie – pomogłem dobrać filmy, miałem nadzorować dwa dni pokazów. Inne osoby – wspaniali ludzie, których mam zaszczyt znać – pracowały na sukces LSA dużo bardziej. Jednak poczułem jakby mi napluto w twarz. Po 3 latach działania w Samorządzie Studenckim, po 3 ciężkich latach pracy na rzecz społeczności akademickiej – poczułem jak napluto mi w twarz. Zostałem porównany, ja i rzesza pracujących przy LSA ludzi, do kolaboranta, tylko dlatego, że w swoim wolnym czasie, za darmo, motywowany tylko chęcią działania i zagospodarowania studentom i osobom postronnym czasu, poczyniłem kroki ku organizacji Letniej Sceny Akademickiej. Wyzwano mnie i zdeptano szlachetną ideę stojącą za organizacją LSA. Puściły mi nerwy. Puściły mi nerwy, bo organizacja takich eventów, ogólnie działalność samorządowa, to stresująca, ciężka i odpowiedzialna, acz satysfakcjonująca praca. Praca, w której odpowiada się zarówno prawnie, jak i finansowo. Praca, w której poświęca się dużo swojego wolnego czasu, często okupując to ocenami na studiach, czy życiem towarzyskim i rodzinnym. A ja szanuje ludzką pracę, zwłaszcza tę charytatywną i z dobrego serca. Zwłaszcza prace, która jest ciężka i wymagająca, a taka – mimo wszystko – byłe praca w Samorządzie.
Puściły mi nerwy. Puściły mi nerwy, bo nałożyło się to z ciężką sytuacją rodzinną i zdrowotną w moim domu. W kilku niecenzuralnych epitetach odpowiedziałem co myślę o porównaniu nas do kolaborantów i o formie bojkotu, który pan Tomczuk zorganizował. Żałuję. Dałem się ponieść emocjom, broniąc idei, w którą wierzyłem. Idei, że można pomagać innym, że można zorganizować coś dla innych i czerpać przyjemność z ich radości. Wierzyłem też, że w wolnym kraju każdy ma prawo spędzić każdy dzień, także rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, jak chce. Bo przecież można cały dzień spędzić na wspominaniu tego wielkiego dnia, by wieczorem się zrelaksować przy kultowej, polskiej komedii.
Ja rozumiem, że komuś coś może się nie podobać. W takim razie normalnie, zwyczajnie, pisze się do ludzi odpowiedzialnych za daną rzecz i sugeruje się, proponuje zmianę. Pan Tomczuk do nikogo nie pisał, tylko zrobił na Facebooku bojkot. I to nie taki, który można przyjąć jako konstruktywną krytykę, gdzie można spokojnie podyskutować, wyjaśniając swoje racje. Pan Tomczuk postanowił porównać nas do kolaborantów i zdrajców, bo chcieliśmy dobrze. Bo chcieliśmy uraczyć rozrywką – dobrym filmem w towarzystwie przyjaciół, popijając piwko – innych. Właśnie za to napluto na nas i porównano do zdrajców. Czyż nienaturalnym jest zdenerwować się na coś takiego? Wiem, że przesadziłem w gniewie, jednak jest pewna granica, nie wiem jak to nazwać – walki politycznej (tylko walki z kim? Postronnym Samorządem?) czy dyskusji. Uważam, że miałem prawo poczuć się zbrukany i opluty, jednak wiem też, że mocno przesadziłem w wyrażeniu gniewu.
Niestety temat moich
karygodnych (przyznaję to) komentarzy podchwycił portal
wpolityce.pl (który twierdzi, że ten bojkot odbył się pod ich patronatem!!), który akcję Pana Tomczuka nazwał "wezwaniem do refleksji" (niestety, jeśli tak się wzywa do refleksji - opluwając ludzi - to ja zostałem źle nauczony w szkole kilku pojęć) oraz kilku blogerów o poglądach prawicowych. Zrobiono
z tego aferę, poprzez artykuły, w których ukazano mnie jako bardzo
złą i chamską osobę, przez pryzmat mojej chwili silnego gniewu i
równie silnych emocji. Niemal zrobione ze mnie mordercę. Artykuły, które niestety nie oddawały
sedna sytuacji i wyrwały moje wypowiedzi z kontekstu, ale rozumiem
jak działają media. I nie zmienia to faktu, że postąpiłem źle i
haniebnie. Nie godnie byłego studenta (w momencie pisania
komentarza, byłem po zakończeniu studiów) i byłego działacza
samorządowego (w momencie pisania komentarza, byłem już nie
aktywnym działaczem, chciałem jednak dokończyć rozpoczęty
wcześniej projekt).
Ten blog powstał, dla tylko tego wpisu. By ludzie, którzy dowiedzą się o mojej chwili słabości, przeczytają te słowa, których tak się wstydzę, mogli choć trochę zrozumieć i zobaczyć, że nie jestem aż tak złą osobą. Bo wiem, że zrobiłem źle, ale nie uważam bym zasłużył na aż taki lincz. Bo zostałem zlinczowany. Ucierpi na tym, prawdopodobnie, moja przyszłość, bo internet nie zapomina. Szukając pracy, ktoś może chcieć przeczytać coś o mnie w internecie i natrafi na artykuły, wpisy na blogach i komentarze, które przedstawiają mnie tylko w czarnym świetle. A mam nadzieje, że aż taką złą osobą nie jestem, całe życie ciężko pracując i pomagając innym, nikomu nie zrobiwszy krzywdy.
Ciężka praca nie jest mi obca, to jedyny rodzaj pracy jaki znam, a chęć pomocy innym to dla mnie najlepsza motywacja. Uśmiech na twarzach ludzi to najlepsza zapłata. Dlatego, zaczynając studia, wstąpiłem w szeregi samorządowców, by móc pomagać innym. Pomagałem nowo przyjętym studentom, pomagałem aktualnym studentom w ich ciężkich chwilach na uczelni. Pomagałem ludziom w ich prywatnych sprawach, uniwersyteckich, nigdy nie odmówiłem nikomu pomocy. Organizowałem wyjazdy, imprezy, szkolenia i pokazy, biorąc na siebie odpowiedzialność za finanse Uniwersytetu, zawsze wywiązując się ze swoich zobowiązań jak najlepiej, oddając się w 100% idei samorządności. Trzy lata ciężko pracowałem, nigdy nie oczekując poklasku, czy pochwał. Bo to wbrew tejże idei samorządności. Jednak kiedy przeczytałem, że „tylko świnie siedzą w kinie” pod wydarzeniem, które miało jeden cel – zagospodarować czas studentom – poczułem się jakby cały trud mojej pracy i pracy dziesiątek szlachetnych ludzi działających w samorządzie, został sprowadzony do poziomu rynsztoku i bagna. Tak nie powinno być. Nikomu nie chcieliśmy zrobić krzywdy, nikogo nie chcieliśmy obrazić, nie chcieliśmy brać udziału w tej bezsensownej wonie polsko-polskiej, gdzie „prawdziwym Polakiem” jest się tylko wyznając te a nie inne poglądy. A jednak. Nawet taka idea, jak błahy pokaz filmu „Miś”, musiał odnaleźć kogoś kto musiał to skrytykować i nawoływać do bojkotu, przy okazji opluwając innych ludzi posiadających inne poglądy.
Ten blog powstał, dla tylko tego wpisu. By ludzie, którzy dowiedzą się o mojej chwili słabości, przeczytają te słowa, których tak się wstydzę, mogli choć trochę zrozumieć i zobaczyć, że nie jestem aż tak złą osobą. Bo wiem, że zrobiłem źle, ale nie uważam bym zasłużył na aż taki lincz. Bo zostałem zlinczowany. Ucierpi na tym, prawdopodobnie, moja przyszłość, bo internet nie zapomina. Szukając pracy, ktoś może chcieć przeczytać coś o mnie w internecie i natrafi na artykuły, wpisy na blogach i komentarze, które przedstawiają mnie tylko w czarnym świetle. A mam nadzieje, że aż taką złą osobą nie jestem, całe życie ciężko pracując i pomagając innym, nikomu nie zrobiwszy krzywdy.
Ciężka praca nie jest mi obca, to jedyny rodzaj pracy jaki znam, a chęć pomocy innym to dla mnie najlepsza motywacja. Uśmiech na twarzach ludzi to najlepsza zapłata. Dlatego, zaczynając studia, wstąpiłem w szeregi samorządowców, by móc pomagać innym. Pomagałem nowo przyjętym studentom, pomagałem aktualnym studentom w ich ciężkich chwilach na uczelni. Pomagałem ludziom w ich prywatnych sprawach, uniwersyteckich, nigdy nie odmówiłem nikomu pomocy. Organizowałem wyjazdy, imprezy, szkolenia i pokazy, biorąc na siebie odpowiedzialność za finanse Uniwersytetu, zawsze wywiązując się ze swoich zobowiązań jak najlepiej, oddając się w 100% idei samorządności. Trzy lata ciężko pracowałem, nigdy nie oczekując poklasku, czy pochwał. Bo to wbrew tejże idei samorządności. Jednak kiedy przeczytałem, że „tylko świnie siedzą w kinie” pod wydarzeniem, które miało jeden cel – zagospodarować czas studentom – poczułem się jakby cały trud mojej pracy i pracy dziesiątek szlachetnych ludzi działających w samorządzie, został sprowadzony do poziomu rynsztoku i bagna. Tak nie powinno być. Nikomu nie chcieliśmy zrobić krzywdy, nikogo nie chcieliśmy obrazić, nie chcieliśmy brać udziału w tej bezsensownej wonie polsko-polskiej, gdzie „prawdziwym Polakiem” jest się tylko wyznając te a nie inne poglądy. A jednak. Nawet taka idea, jak błahy pokaz filmu „Miś”, musiał odnaleźć kogoś kto musiał to skrytykować i nawoływać do bojkotu, przy okazji opluwając innych ludzi posiadających inne poglądy.
I Pan Tomczuk miał do
tego prawo, choć on także zrobił to w niewłaściwej formie. Jak
już zaznaczałem – jest różnica między rozpoczęciem dyskusji,
a obrażaniem innych porównaniami do nazistów. Jednak przepraszam i
wstyd mi za to co zrobiłem. To brzemię będę nosił do końca
życia, czując żal, że zawiodłem ludzi, którzy na mnie polegali,
i którzy mi ufali. Nigdy nie chciałem, żeby tak to się potoczyło,
nigdy też nie sądziłem, że ktoś na mnie doniesie do portalu
publicystycznego (cała sytuacja działa się na prywatnej grupie
studentów Uniwersytetu Warszawskiego i wydawało mi się, że na
niej pozostanie. Nadal nie jestem pewien, czy nie naruszono mojego
prawa do prywatności) z powodu kilku inwektyw, napisanych pod
wpływem gniewu. Żałuję swojej głupoty i braku wyobraźni. Żałuję
znacznie mocniej, bo komentarze pod artykułem w portalu
wpolityce.pl, czy na blogach, obudziły setki oburzonych moim
językiem komentarzy. Komentarzy, które wcale wiele się nie różniły
formą, językiem i stylem od moich, jednak pisane przez anonimowych
ludzi. Ja w swoim gniewie byłem szczery, nie kryjąc się pod
pseudonimami i biorąc na siebie pełną odpowiedzialność za swój
karygodny czyn. Bo tak mnie wychowano – by szanować pracę oraz by
być odpowiedzialnym. Dostawałem też prywatne wiadomości, daleko
bardziej wulgarne i posunięte w groźbach, gdzie oprócz wyzwisk pod
moim imieniem, padały wyzwiska i groźby adresowane w stronę moich
bliskich i rodziny. Dziwne też, że tak surowo oceniły mnie środowiska prawicowe, które przecież przy każdej możliwej okazji, płaczą i narzekają, jak to są nazywani faszystami. Są to też środowiska, które nie widzą nic złego w dewastowaniu Stolicy każdego kolejnego 11 listopada w imię "miłości do Ojczyzny". Także hasła typu "a na drzewach zamiast liści..." im nie przeszkadzają. Jednak porównanie studentów i Rektorów UW do nazistów, jest już zupełnie ok i uzasadnione, a moja reakcja natomiast karygodna. Nie rozumiem. Nie rozumiem tym bardziej, że żyjemy w kraju, w którym cały naród płacze i mówi o krzywdzie, kiedy zagraniczne media użyją w artykułach, czy materiałach prasowych określenia "polskie obozy zagłady", które to określenie wywodzi się zazwyczaj z niewiedzy, błędu, czy głupoty, a nie ze złych intencji piszącego. Jednak świadome porównanie studentów i Rektorów UW do nazistów, jest już zupełnie ok i uzasadnione, a moja reakcja karygodna. Nie rozumiem.
Cała sytuacja boli mnie
tym bardziej – choć nie zmywa ze mnie winy – że prawdopodobnie
Pan Tomczuk nie istnieje. To tak zwany troll internetowy, który
zrobił aferę, sprowokował ludzi i czekał na kogoś komu puszczą
nerwy. Niestety to mi one puściły. Czemu uważam, że tak jest? Mam
na to kilka dowodów, choć szczerze powiedziawszy mam nadzieje, że
to tylko pomyłki, błędy człowieka. Bo ciężko mi żyć ze
świadomością, że ktoś wyzwał dobrych, uczynnych ludzi od
kolaborantów, sam używając przy tym kolaboranckich metod. Oto
dowody:
1) Zdjęcie użyte na
profilu jest fałszywe. Można je kupić w internecie na
międzynarodowej stronie ze zdjęciami online.
2) W jednym z prawicowych blogów pada sformułowanie, że Pan Mirosław dowiedział się „od studiującego syna" o pokazie na UW. Ale wcześniej Pan Mirosław pisze coś innego na wydarzeniu: że nie ma znajomych na UW i prosi o zapraszanie ludzi - zrzut ekranu w którym padają te słowa; http://imageshack.us/photo/my-images/41/jmpn.png/ .
Czyli ma syna na UW, czy nie ma? Bo skoro ma, to ten syn mógłby zapraszać swoich znajomych z UW, czyż nie?
3) Jeszcze raz o synu. Skoro aktualnie ten syn studiuje, to czemu nie ma go w rejestrze aktywnych studentów? Sprawdzałem w uniwersyteckim systemie USOS. Żaden aktywny student płci męskiej nie posiada nazwiska Tomczuk.
4) Konto na facebooku powstało dzień wcześniej.
5) Już wcześniej na rzeczonej grupie facebookowej studentów UW pojawiały się profile i konta, które bezpardonowo atakowały studentów, Samorząd (padały oskarżenia o złodziejstwo, co jest zupełnie nieuzasadnione i niepoważne), pojawiały się także obrazoburcze wpisy o Janie Pawle II i wiele innych treści, które miały na celu prowokację studentów. Tym razem ja uległem prowokacji. Bo ile można czytać o sobie takie rzeczy, bez reakcji? Przyrównanie nas do nazistów przelały moją czarę goryczy.
Nie wiem, czy te dowody wystarczają na potwierdzenie mojej tezy, czy nie. Nie wiem czy mam racje. Domyślam się komu zależało by na opluciu i oczernieniu osób działających w Samorządzie, jednak nie interesuje mnie ta bezsensowna walka. Nigdy mnie nie interesowała, jednak, niestety, i ja dołożyłem swoje dwa grosze. Bezsensu.
2) W jednym z prawicowych blogów pada sformułowanie, że Pan Mirosław dowiedział się „od studiującego syna" o pokazie na UW. Ale wcześniej Pan Mirosław pisze coś innego na wydarzeniu: że nie ma znajomych na UW i prosi o zapraszanie ludzi - zrzut ekranu w którym padają te słowa; http://imageshack.us/photo/my-images/41/jmpn.png/ .
Czyli ma syna na UW, czy nie ma? Bo skoro ma, to ten syn mógłby zapraszać swoich znajomych z UW, czyż nie?
3) Jeszcze raz o synu. Skoro aktualnie ten syn studiuje, to czemu nie ma go w rejestrze aktywnych studentów? Sprawdzałem w uniwersyteckim systemie USOS. Żaden aktywny student płci męskiej nie posiada nazwiska Tomczuk.
4) Konto na facebooku powstało dzień wcześniej.
5) Już wcześniej na rzeczonej grupie facebookowej studentów UW pojawiały się profile i konta, które bezpardonowo atakowały studentów, Samorząd (padały oskarżenia o złodziejstwo, co jest zupełnie nieuzasadnione i niepoważne), pojawiały się także obrazoburcze wpisy o Janie Pawle II i wiele innych treści, które miały na celu prowokację studentów. Tym razem ja uległem prowokacji. Bo ile można czytać o sobie takie rzeczy, bez reakcji? Przyrównanie nas do nazistów przelały moją czarę goryczy.
Nie wiem, czy te dowody wystarczają na potwierdzenie mojej tezy, czy nie. Nie wiem czy mam racje. Domyślam się komu zależało by na opluciu i oczernieniu osób działających w Samorządzie, jednak nie interesuje mnie ta bezsensowna walka. Nigdy mnie nie interesowała, jednak, niestety, i ja dołożyłem swoje dwa grosze. Bezsensu.
Jeszcze raz przepraszam.
Po raz kolejny podkreślam, że to co zrobiłem było złe, głupie,
szczeniackie, chamskie i karygodne. Przepraszam za język i formę
wyrażenia mojej złości. Pragnę jednak podkreślić, że nigdy nie
przeproszę osoby, istniejącej, czy też nie istniejącej – która
wyzwała mnie i bliskie mi osoby, które szanuje i podziwiam, od
zdrajców. Bo to także jest karygodne. Tego nie zauważył nikt. Że
ucierpiały młode, pełne idei i marzeń osoby. Trudno. Nikt się za
nami nie wstawił, mimo iż nie zrobiliśmy nic złego a zostaliśmy zbrukani, porównani do nazistów i pozbawieni jakiejkolwiek możliwości do obrony.
Jest mi wstyd. Jednak wyciągam z całej sytuacji lekcję na przyszłość, by stać się lepszym człowiekiem. Teraz już wiem jak ważne jest panowanie nad emocjami, nawet jeśli coś nas bardzo zabolało. Za chwile słabości płaci się ogromną, ogromną cenę. Wiem, że moja przyszłość na tym ucierpi. Wiem, że utrudniłem sobie życie. Wiem to. Codziennie budzę się i boję się co będzie ze mną dalej. Boję się, że będąc dopiero na starcie życia, przekreśliłem swoje szanse na godne życie. Ciężko z tym się żyje, ale biorę to na siebie, tak jak każda dorosła i odpowiedzialna osoba, z nadzieją patrząc do przodu.
Jeśli natrafiłeś/aś na ten blog po przeczytaniu mojego wulgarnego wpisu, proszę daj mi szansę. Daj mi szansę udowodnić, że nie jestem złym człowiekiem. Że potrafię ciężko pracować, że zawsze chętnie pomogę. Że zawsze podzielę się uśmiechem, dobrym słowem, wsparciem i pracowitością. Daj mi szansę udowodnić, że nauczka z tej całej sytuacji stała się cenną lekcją.
Chciałbym też podziękować. Podziękować ludziom, którzy mnie wspierali w tych, nie będę tego ukrywał, ciężkich dla mnie chwilach. Ludziom, którzy pocieszali i zabronili mi się załamywać otoczką bandyty wokół mojej osoby. Osobom, które znały mnie i zrozumiały, że zawszę walczę o to w co wierzę, i które wiedzą, że nie jestem chamem. Osobom, które przyznały, że bardzo przesadziłem, że zachowałem się źle (sam to przyznaję), jednak znają mnie na tyle dobrze i na tyle długo, by wiedzieć, że nigdy nikomu nie zaszkodziłem, nie chciałem cudzej krzywdy, a wręcz zawsze chciałem tylko pomagać. Co ciekawe, osoby, którym cała sytuacja mogła zaszkodzić – zrozumiały mnie i wspierały najbardziej. Co smutne, osoby, którym nic się przez moje działania nie stało, a którym 3 lata nieustannie pomagałem – odwróciły się ode mnie momentalnie. Jak widać „Prawdziwych Przyjaciół poznaje się w biedzie”.
Dziękuje Wam. Rodzinie, mojej dziewczynie, przyjaciołom, znajomym. Dziękuje Wam i jeszcze raz Was przepraszam.
Jest mi wstyd. Jednak wyciągam z całej sytuacji lekcję na przyszłość, by stać się lepszym człowiekiem. Teraz już wiem jak ważne jest panowanie nad emocjami, nawet jeśli coś nas bardzo zabolało. Za chwile słabości płaci się ogromną, ogromną cenę. Wiem, że moja przyszłość na tym ucierpi. Wiem, że utrudniłem sobie życie. Wiem to. Codziennie budzę się i boję się co będzie ze mną dalej. Boję się, że będąc dopiero na starcie życia, przekreśliłem swoje szanse na godne życie. Ciężko z tym się żyje, ale biorę to na siebie, tak jak każda dorosła i odpowiedzialna osoba, z nadzieją patrząc do przodu.
Jeśli natrafiłeś/aś na ten blog po przeczytaniu mojego wulgarnego wpisu, proszę daj mi szansę. Daj mi szansę udowodnić, że nie jestem złym człowiekiem. Że potrafię ciężko pracować, że zawsze chętnie pomogę. Że zawsze podzielę się uśmiechem, dobrym słowem, wsparciem i pracowitością. Daj mi szansę udowodnić, że nauczka z tej całej sytuacji stała się cenną lekcją.
Chciałbym też podziękować. Podziękować ludziom, którzy mnie wspierali w tych, nie będę tego ukrywał, ciężkich dla mnie chwilach. Ludziom, którzy pocieszali i zabronili mi się załamywać otoczką bandyty wokół mojej osoby. Osobom, które znały mnie i zrozumiały, że zawszę walczę o to w co wierzę, i które wiedzą, że nie jestem chamem. Osobom, które przyznały, że bardzo przesadziłem, że zachowałem się źle (sam to przyznaję), jednak znają mnie na tyle dobrze i na tyle długo, by wiedzieć, że nigdy nikomu nie zaszkodziłem, nie chciałem cudzej krzywdy, a wręcz zawsze chciałem tylko pomagać. Co ciekawe, osoby, którym cała sytuacja mogła zaszkodzić – zrozumiały mnie i wspierały najbardziej. Co smutne, osoby, którym nic się przez moje działania nie stało, a którym 3 lata nieustannie pomagałem – odwróciły się ode mnie momentalnie. Jak widać „Prawdziwych Przyjaciół poznaje się w biedzie”.
Dziękuje Wam. Rodzinie, mojej dziewczynie, przyjaciołom, znajomym. Dziękuje Wam i jeszcze raz Was przepraszam.
Treść oświadczenia z dnia 1.08:
Witam.
Z tego miejsca chciałem przeprosić wszystkich, którzy poczuli się urażeni, dotknięci, lub zniesmaczeni komentarzami mojej osoby pod wydarzeniem dotyczącym bojkotu „Letniej Sceny Akademickiej”. Nic nie usprawiedliwia formy i treści mojej wypowiedzi, jednak będąc wychowanym w domu, w którym walczono w Powstaniu, kryto Żydów narażając własne życie i umierano w imię wolności, sprowadzenie mnie i osób pracujących przy „Letniej Scenie Akademickiej”do kolaborantów z czasów II Wojny Światowej, spowodowało we mnie silne poczucie pokrzywdzenia i obudziło gniew, nad którym nie byłem w stanie zapanować. Żałuję. Swoje wątpliwości mogłem wyrazić w inny, pasujący do studenta sposób. Niestety pozwoliłem emocjom wziąć górę, za co przepraszam i proszę o wybaczenie. Przepraszam rodzinę, znajomych, Władze Uczelni Uniwersytetu Warszawskiego, studencką brać i wszystkie osoby postronne.
Chciałbym zaznaczyć, że słowa, które wzbudziły tyle kontrowersji pisałem jako osoba prywatna, która skończyła już studia, i która nie działa już w Samorządzie, a która pomagała przy „Letniej Scenie Akademickiej” w ramach dokończenia wcześniej rozpoczętego projektu.
Jest mi także żal i wstyd, że jeden komentarz na portalu Facebook zachwiał moimi trzyletnimi działaniami na rzecz dobra Uniwersytetu Warszawskiego i jego studentów. Jednak w najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewałem się, iż słowa pisane pod wpływem silnych emocji zostaną przekazane mediom.
Jednak biorę na siebie wszelką odpowiedzialność, gotów ponieść konsekwencje. Zrobię wszystko, aby tego typu wydarzenie już się nie powtórzyło. Mocno będę też pracował nad poprawą samego siebie.
Jeszcze raz przepraszam.
Z wyrazami szacunku
Mateusz Rolewski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz